Jeden wniosek, jedna ochrona w wielu państwach UE i jeden sąd do sporów. Tak brzmiała obietnica jednolitego patentu. W 2012 roku, gdy w Brukseli kończyły się prace nad systemem, w Polsce trwał już spór o to, czy polskie firmy na nim zyskają, czy stracą.
Argumenty za
Ministerstwo Gospodarki popierało wtedy projekt. Przekonywało, że wspólny sąd ułatwi rozstrzyganie sporów patentowych w Unii, a polscy wynalazcy zapłacą znacznie mniej za uzyskanie i utrzymanie ochrony za granicą. Zamiast walidować patent osobno w każdym kraju, wystarczyłby jeden tytuł.
Argumenty przeciw
Krytycy patrzyli na to z drugiej strony. Prof. Aurelia Nowicka z UAM szacowała, że w Polsce mogłoby przybywać około 60 tysięcy patentów rocznie, głównie zagranicznych. Każdy przedsiębiorca musiałby pilnować, czy ich nie narusza. Same patenty byłyby dostępne tylko po angielsku, francusku lub niemiecku, więc koszt tłumaczenia spadłby na firmy, które sprawdzają ryzyko naruszenia.
Do tego spory miałyby toczyć się przed sądem za granicą, w obcym języku. Polska Izba Rzeczników Patentowych wzywała do wycofania się z projektu i ostrzegała, że system sprzyja dużym zachodnim koncernom. Raport Deloitte dla rządu oszacował wzrost kosztów dla polskiej gospodarki na około 53 mld zł w ciągu 20 lat.
Polska została z boku
W lutym 2013 roku Polska nie podpisała porozumienia o Jednolitym Sądzie Patentowym. System ruszył 1 czerwca 2023 roku i obejmuje 18 państw, które ratyfikowały porozumienie. W czerwcu 2026 roku wiceminister Michał Jaros potwierdził w Sejmie, że rząd nie prowadzi prac nad przystąpieniem.
Nie oznacza to jednak pełnej izolacji. Jednolity Sąd Patentowy może rozpatrywać sprawy dotyczące naruszeń na terytorium Polski, choć Polska w systemie nie uczestniczy. Zwolennicy przystąpienia uważają więc, że polskie firmy ponoszą część ryzyka bez korzyści płynących z uczestnictwa.
Dodaj komentarz