Autor: admin

  • Raport „Rynek drobiu wobec wprowadzania systemu certyfikacyjnego QAFP”

    Przedmiotowy Raport stanowi pogłębioną analizę systemu kontroli jakości Quality Assurance Food Products („QAFP”) i jego wpływu na polski rynek drobiu. Autor raportu w merytoryczny sposób postanowiła prześwietlić system QAFP pod kątem realizacji republikańskiej zasady dobra wspólnego i ocenić jej skutki dla hodowców i odbiorców drobiu w Polsce. Założeniem Raportu jest dokonanie oceny systemu QAFP w kontekście funkcjonowania polskich przedsiębiorców, kryteriów działania systemu, relacji, do już istniejących i powszechnie obowiązujących, standardów w zakresie jakości żywności, a także jego finansowania.

    Raport nie stanowi analizy technologii związanych z hodowlą drobiu i procesem produkcyjnym, lecz jest ogólnym spojrzeniem na fundusze promocji artykułów rolno-spożywczych i odniesieniem do prywatnych systemów certyfikacji jakości żywności (takich jak system QAFP). Ze względu na znaczną liczbę funduszy promocji, przedstawienie wszystkich mechanizmów wsparcia i odniesienie ich do poszczególnych rynków trudno byłoby zrealizować w jednym raporcie. Dlatego też analiza Systemu QAFP, rynku drobiu oraz Funduszu Promocji Mięsa Drobiowego stanowi przykład. Raport ma na celu wstępną ocenę istotności i wagi prywatnych systemów jakości żywności na przykładzie mięsa drobiowego.

    Wprowadzenie mechanizmu w postaci Funduszu Promocji Mięsa Drobiowego może istotnie zakłócać zasadę swobody prowadzenia działalności gospodarczej. Należy podkreślić, że bardzo cenne są inicjatywy, które zakładają wsparcie promocji polskiego mięsa drobiowego. Takie działania nie powinny być jednak ukierunkowane na wsparcie konkretnych prywatnych systemów jakości żywności, w których nie biorą udziału wszyscy przedsiębiorcy z sektora drobiarskiego. Jeżeli przedsiębiorcy działający na rynku drobiu dostrzegają potrzebę wsparcia określonych działań promocyjnych, taka inicjatywa powinna opierać się na zasadzie dobrowolności, a nie narzucania obowiązkowej opłaty.

    W opinii autora Raportu jakość produktów drobiarskich jest bardzo ważną wartością. Jednocześnie warto wskazać, że wymogi nakładane przez prawo krajowe i unijne są restrykcyjne i jednocześnie dają podstawę do stwierdzenia, że gwarantują wysoką jakość. Warto podkreślić, że inicjatywy związane z tworzeniem prywatnych systemów certyfikacji żywności zasługują na poparcie, o ile nie wpływają niekorzystnie na sytuację przedsiębiorców znajdujących się poza tymi prywatnymi systemami.

    Polska należy do największych producentów mięsa drobiowego w Europie. Zajmuje czwarte miejsce pod względem produkcji mięsa drobiowego w Unii Europejskiej i systematycznie zwiększa jego eksport. Polskie mięso drobiowe zyskuje kolejnych zwolenników, nie tylko na rynku krajowym. Inicjatywy podejmowane w kraju powinny zatem służyć przedsiębiorcom z sektora mięsa drobiowego. Niniejszy raport postara się przybliżyć zagadnienie czy oddziaływanie systemu QAFP przynosi korzyści w tym zakresie.

    Aby zwiększyć zainteresowanie określonymi produktami na całym świecie, a w szczególności w Unii Europejskiej, proponuje się tworzenie systemów kontroli jakości. Ideą wprowadzania takich systemów jest poprawa jakości produkcji i produktów żywnościowych. Czy w odniesieniu do systemu QAFP cel ten został osiągnięty? Już na wstępie warto zaznaczyć, że standardy wyznaczone przez system QAFP są podobne do standardów wynikających z prawa unijnego i krajowego, do których stosowania zobowiązani są wszyscy przedsiębiorcy działający w sektorze drobiu. Dodatkowo, wymagania stawiane przez system QAFP są w wielu miejscach nieprecyzyjne i nie obejmują wszystkich aspektów produkcji.

    Jak wynika z założeń QAFP jest to system prywatny i dobrowolny. System, chociaż formalnie nie jest powiązany z sektorem publicznym, to w rzeczywistości nie jest finansowany jedynie ze środków prywatnych. Bardzo niepokojące jest finansowe powiązanie systemu QAFP z Funduszem Promocji Mięsa Drobiowego. W Polsce od 2009 r. obowiązuje ustawa o funduszach promocji produktów rolno-spożywczych, która powołała do życia m.in. Fundusz Promocji Mięsa Drobiowego. Ma on na celu wspieranie promocji polskich produktów, w tym mięsa drobiowego. Z Funduszu finansuje się różnego rodzaju kampanie promocyjne, także te, które promują systemy prywatne m.in. QAFP. Środki finansowe na zadania realizowane w ramach Funduszu nie pochodzą z budżetu państwa, ale ze składek podmiotów prowadzących działalność w branży mięsa drobiowego.

    Oznacza to, że przedsiębiorca, który zajmuje się m.in. ubojem drobiu jest obowiązany do przekazywania wpłat na Fundusz w wysokości 0,1% od wartości netto żywego drobiu będącego przedmiotem czynności podlegających opodatkowaniu podatkiem VAT. W tym kontekście można stwierdzić, że jest to kolejna danina publiczna. Dodatkowo, jeżeli przedsiębiorca zaniecha przekazania takiej wpłaty, musi liczyć się z tym, że mogą zostać zastosowane wobec niego przepisy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji.

    Przedmiotowy Raport został przygotowany na podstawie ogólnodostępnych danych i literatury. Nie wyraża on zdania żadnej organizacji branżowej. Jest wynikiem troski o wolny rynek produktów mięsnych i głosem w dyskusji na temat funduszy promocji artykułow rolno-spożywczych i prowatnych systemów jakości żywności.

    Raport ma na celu analizę i odpowiedź m.in. na następujące pytania:

    • Czy system QAFP przynosi korzyści dla polskiego rynku drobiu?
    • Jakie zagrożenia niesie ze sobą system QAFP?
    • Jak wygląda system finansowania QAFP i w jaki sposób jest związany z Funduszem Promocji Mięsa Drobiowego?
    • Czy system QAFP proponuje wyższe standardy w odniesieniu do mięsa drobiowego, czy jest to jedynie powtórzenie wymagań nakładanych przez przepisy polskiego
      i unijnego prawa?
    • Kto jest rzeczywistym befenicjentem systemu kontroli jakości QAFP, a komu system utrudnia funkcjonowanie?
    • Jakie są koszty uczestnictwa w systemach kontroli jakości?
    • Jakie problemy dotykają systemy kontroli na świecie?
    • Jak w praktyce wygląda proces certyfikacji określonych podmiotów?
  • Raport o polityce prorodzinnej w UE

    Polska rodzina z dwójką dzieci płaci państwu więcej, niż od niego dostaje. Taki wniosek płynie z raportu Fundacji Republikańskiej „Polityka prorodzinna w Polsce. Diagnoza stanu obecnego i propozycje zmian”, opublikowanego na przełomie 2012 i 2013 roku. Napisali go Krzysztof Brosz, Marcin Chludziński, Michał Czarnik i Michał Kot. Punktem odniesienia są kraje Unii, którym udało się utrzymać dzietność bliską zastępowalności pokoleń.

    Polska na tle Europy

    Statystyczna Polka rodzi około 1,3 dziecka. To za mało, bo do zastępowalności pokoleń potrzeba około 2,1. Na wsparcie rodzin państwo wydaje 27,1 mld zł, czyli mniej więcej 2% PKB. Kraje UE, w których dzietność zbliża się do 2, przeznaczają na ten cel ponad 2,7% PKB. Skutki widać w prognozach emerytalnych, bo dziś na jednego emeryta przypada dwóch pracujących, a około 2060 roku ma to być jeden do jednego.

    Bilans rodziny

    Według wyliczeń autorów czteroosobowa rodzina oddaje państwu rocznie około 37,5 tys. zł, a dostaje z powrotem około 33,4 tys. zł. Najgorzej wypadają rodziny z dużych miast. Im więcej dzieci, tym gorszy bilans, bo rodzina płaci więcej VAT.

    Autorzy oceniają obecny system jako chaotyczny i niesprawiedliwy. Pieniądze często trafiają do instytucji, na przykład przedszkoli i żłobków, a nie bezpośrednio do rodziców. Z ulgi podatkowej na dzieci korzystają głównie lepiej zarabiający.

    Co proponuje fundacja

    Polityka rodzinna ma być powszechna, rosnąca z każdym kolejnym dzieckiem i neutralna wobec tego, jak rodzice chcą wychowywać dzieci. Raport proponuje dwuletni zasiłek macierzyński dla wszystkich matek, także studentek i bezrobotnych. Do tego bon wychowawczy w wysokości 550 zł miesięcznie, który rodzice wydaliby na przedszkole, opiekunkę albo własną opiekę.

    Ulga podatkowa miałaby wynosić od 100 zł miesięcznie na pierwsze dziecko do 400 zł na czwarte i kolejne, i obejmować także składki. Całość kosztowałaby nieco ponad 30 mld zł, czyli około 5 mld zł więcej niż wydawano wtedy.

  • Jednolity patent – szansa czy zagrożenie dla polskiej gospodarki

    Jeden wniosek, jedna ochrona w wielu państwach UE i jeden sąd do sporów. Tak brzmiała obietnica jednolitego patentu. W 2012 roku, gdy w Brukseli kończyły się prace nad systemem, w Polsce trwał już spór o to, czy polskie firmy na nim zyskają, czy stracą.

    Argumenty za

    Ministerstwo Gospodarki popierało wtedy projekt. Przekonywało, że wspólny sąd ułatwi rozstrzyganie sporów patentowych w Unii, a polscy wynalazcy zapłacą znacznie mniej za uzyskanie i utrzymanie ochrony za granicą. Zamiast walidować patent osobno w każdym kraju, wystarczyłby jeden tytuł.

    Argumenty przeciw

    Krytycy patrzyli na to z drugiej strony. Prof. Aurelia Nowicka z UAM szacowała, że w Polsce mogłoby przybywać około 60 tysięcy patentów rocznie, głównie zagranicznych. Każdy przedsiębiorca musiałby pilnować, czy ich nie narusza. Same patenty byłyby dostępne tylko po angielsku, francusku lub niemiecku, więc koszt tłumaczenia spadłby na firmy, które sprawdzają ryzyko naruszenia.

    Do tego spory miałyby toczyć się przed sądem za granicą, w obcym języku. Polska Izba Rzeczników Patentowych wzywała do wycofania się z projektu i ostrzegała, że system sprzyja dużym zachodnim koncernom. Raport Deloitte dla rządu oszacował wzrost kosztów dla polskiej gospodarki na około 53 mld zł w ciągu 20 lat.

    Polska została z boku

    W lutym 2013 roku Polska nie podpisała porozumienia o Jednolitym Sądzie Patentowym. System ruszył 1 czerwca 2023 roku i obejmuje 18 państw, które ratyfikowały porozumienie. W czerwcu 2026 roku wiceminister Michał Jaros potwierdził w Sejmie, że rząd nie prowadzi prac nad przystąpieniem.

    Nie oznacza to jednak pełnej izolacji. Jednolity Sąd Patentowy może rozpatrywać sprawy dotyczące naruszeń na terytorium Polski, choć Polska w systemie nie uczestniczy. Zwolennicy przystąpienia uważają więc, że polskie firmy ponoszą część ryzyka bez korzyści płynących z uczestnictwa.

  • Gminy nie mają korzyści z wydobycia łupków

    W 2012 roku gaz łupkowy miał być polskim Eldorado. Mało kto pytał wtedy, co z tego będą miały gminy, na których terenie stanęłyby wiertnie. Mateusz Siepielski, prawnik i analityk sektora energetycznego Fundacji Republikańskiej, odpowiadał w sierpniu 2012 roku krótko: przy obowiązującym prawie nic szczególnego.

    Dlaczego gminy miały zostać z niczym

    Zdaniem Siepielskiego wszystko zależało od przepisów, których jeszcze nie było. Rząd zapowiadał ustawę o opodatkowaniu wydobycia węglowodorów i miał w niej ustalić górny limit udziału samorządów w zyskach. Ekspert przekonywał, że jeśli dobrze na wydobyciu zarobi państwo, skorzystają też zwykli obywatele, bo z podatków można sfinansować tańszy gaz i lepszą infrastrukturę. Dla wójta czy burmistrza to jednak marna pociecha. Uciążliwości i ryzyko dla środowiska zostają na miejscu, a pieniądze płyną do Warszawy.

    Do tego powiaty i województwa w ogóle nie miały udziału w opłatach za wydobycie węglowodorów.

    Co proponował rząd

    Później rząd przedstawił projekt zmian. Opłata eksploatacyjna miała trafiać w 60% do gmin, po 15% do powiatów i województw, a 10% do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Stawka za gaz wysokometanowy miała wzrosnąć z 6,06 zł do 24 zł za 1000 m³. Nowy podział mógł zacząć obowiązywać najwcześniej w 2015 roku.

    Główny strumień pieniędzy miał jednak płynąć do budżetu państwa. Resort finansów pisał osobną ustawę podatkową, a łączne obciążenie wydobycia podatkami i opłatami miało sięgać najwyżej 40% zysku brutto. W 2014 roku wprowadzono specjalny podatek węglowodorowy.

    Spór skończył się sam

    Ostatecznie problem rozwiązała geologia. Złoża okazały się dużo mniejsze, niż zakładały prognozy, i nie pozwalały na opłacalne wydobycie. W lipcu 2019 roku rząd przyjął projekt likwidacji specjalnego podatku węglowodorowego. Za lata 2016–2017 żaden podatnik nie wykazał podatku do zapłaty. Gminy nie dostały więc ani dużych, ani małych pieniędzy, bo łupkowego wydobycia na skalę przemysłową po prostu nie było.

  • Kolei Śląskich podróż donikąd

    9 grudnia 2012 roku Koleje Śląskie przejęły od Przewozów Regionalnych wszystkie regionalne połączenia w województwie śląskim. Samorządowa spółka miała pokazać, że region poradzi sobie sam. Już następnego dnia pasażerowie przekonali się, że nie poradzi. Pociągi się spóźniały, część kursów w ogóle nie wyjechała, a na niektórych trasach zamiast składów pojawiły się autobusy.

    Za mało pociągów i maszynistów

    Co poszło nie tak? Odpowiedź dała analiza Zespołu Doradców Gospodarczych TOR opublikowana na początku 2013 roku. Od grudnia do połowy stycznia spółka miała do dyspozycji około 60–70 pojazdów. Średnio co dzień mniej więcej 35% z nich stało zepsutych. Tabor przyszedł późno, był mieszanką różnych typów i nie miał gwarancji natychmiastowego wejścia do służby.

    Jeszcze gorzej wyglądała sprawa ludzi. Koleje Śląskie miały 141 maszynistów, a według ekspertów TOR potrzebowały co najmniej 203. Wielu z nich nie znało tras i nie odbyło jazd próbnych, więc mogli jechać najwyżej 40 km/h.

    Komunikacja zastępcza objęła na początku około 90 kursów. Część połączeń do sąsiednich województw zarząd województwa musiał oddać z powrotem Przewozom Regionalnym, żeby odzyskać pociągi na trasy wewnątrz regionu.

    Rozkład nie był głównym winowajcą

    Eksperci zwracali uwagę, że sam rozkład jazdy miał wady, ale jego podstawowa konstrukcja była dobra. Zawiodło przygotowanie. Zabrakło czasu na zaplanowanie, przetestowanie i zgranie całej operacji.

    Rachunek

    Polityczne skutki przyszły szybko. Odwołano zarząd spółki z prezesem Markiem Worachem, a marszałek Adam Matusiewicz podał się do dymisji. Jego następca Mirosław Sekuła przyznał, że zmiany wprowadzono za szybko. Jako wzór wskazał Koleje Mazowieckie, które przejmowały przewozy stopniowo.

    Pieniądze też nie wyglądały dobrze. W pierwszym półroczu 2013 roku Koleje Śląskie miały około 49 mln zł straty, a prognoza na cały rok mówiła o 64 mln zł. We wrześniu 2013 roku rada nadzorcza odwołała kolejnego prezesa, Michała Borowskiego, bez podania przyczyn.

  • Prawdziwa nauka Kościoła o karze śmierci

    Kiedy w sierpniu 2018 roku papież Franciszek zmienił punkt 2267 Katechizmu i uznał karę śmierci za niedopuszczalną, część katolików zadała proste pytanie: to co obowiązywało przez dwa tysiące lat? Zwolennicy tradycyjnego ujęcia odpowiadają, że prawdziwa nauka Kościoła nigdy nie uznawała tej kary za zło samo w sobie.

    Argument z tradycji

    Ich wywód zaczyna się od Pisma. Księga Rodzaju mówi, że kto przelewa krew ludzką, ten sam zginie z ręki człowieka. Święty Paweł w Liście do Rzymian pisze, że władza nie na próżno nosi miecz. Święty Tomasz z Akwinu uznawał, że władza publiczna może odebrać życie zbrodniarzowi dla ochrony dobra wspólnego. Podobnie ujmował to Katechizm Rzymski wydany po Soborze Trydenckim, a Innocenty III wymagał od waldensów, którzy wracali do Kościoła, uznania, że władza świecka może wymierzać karę śmierci bez grzechu.

    Jeszcze Katechizm z lat 90. dopuszczał ją, choć tylko wtedy, gdy wina była pewna, a inne środki nie wystarczały do obrony ludzi przed napastnikiem. Jan Paweł II zawęził to do przypadków bardzo rzadkich, ale zasady nie odrzucił. Dla tradycjonalistów to ważna różnica. Czym innym jest powiedzieć, że kary śmierci dziś stosować się nie powinno, a czym innym, że jest niedopuszczalna co do zasady.

    Co mówi Watykan

    Kongregacja Nauki Wiary przekonywała w 2018 roku, że nowe brzmienie to rozwój doktryny, a nie zerwanie z wcześniejszym nauczaniem. Uzasadnienie opiera się na godności osoby, której człowiek nie traci nawet po najcięższej zbrodni, i na tym, że współczesne więziennictwo chroni społeczeństwo i zarazem zostawia skazanemu szansę na nawrócenie.

    Tę linię podtrzymuje Leon XIV. W kwietniu 2026 roku nazwał karę śmierci niedopuszczalną i wezwał Stany Zjednoczone do jej zniesienia.

    Spór dotyczy więc tego, jak czytać ciągłość nauczania. Tradycjonaliści widzą w zmianie sprzeczność z dawnymi wypowiedziami Kościoła. Jej obrońcy uważają, że Kościół lepiej zrozumiał wymagania Ewangelii i godności człowieka, tak jak wcześniej stało się to na przykład w sprawie niewolnictwa.

  • Raport FR „Zatrudnienie w administracji rządowej – dynamika i koszty”

    Tanie państwo miało być jednym z haseł rządu Donalda Tuska. Fundacja Republikańska sprawdziła, co z tego wyszło, i we wrześniu 2012 roku opublikowała raport „Zatrudnienie w administracji rządowej – dynamika i koszty”. Analiza obejmuje lata 2008–2012 i opiera się głównie na danych GUS i Ministerstwa Finansów.

    Prezentacja raportu odbyła się 25 września 2012 roku przed Kancelarią Premiera. Wystąpili na niej prezes fundacji Marcin Chludziński, jej ekspert Krzysztof Brosz i poseł Przemysław Wipler.

    Prawie 20 tysięcy nowych urzędników

    Według raportu w administracji rządowej przybyło 19 285 osób, czyli o 10,64% więcej niż na starcie. Na umowy o pracę przypada 16 640 nowych etatów, z czego najwięcej przybyło w 2009 roku. Do tego dochodzi 2645 osób przeliczonych z umów zleceń i o dzieło. Autorzy widzą w tym sposób na ukrywanie zatrudnienia poza etatami.

    Rząd zapowiadał likwidację 20 tysięcy etatów. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z czerwca 2011 roku skończyło się na nieco ponad 1,7 tysiąca.

    Ile to kosztuje

    Wydatki na administrację rządową wzrosły o 10,6 mld zł. Fundacja zestawiła tę kwotę z podwyżką VAT z 22 do 23% i wyliczyła, że to mniej więcej dwa razy tyle, ile podwyżka przyniosła budżetowi. Same umowy cywilnoprawne podrożały o 393 mln zł, czyli prawie o 37%. Utrzymanie jednego urzędnika kosztowało w 2011 roku średnio 137 tys. zł. Przeciętny podatnik dokładał do administracji centralnej 1034 zł rocznie.

    Raport porównuje też płace. W 2011 roku średnie wynagrodzenie w administracji rządowej wynosiło 4696 zł brutto, a w przedsiębiorstwach 3597 zł. Różnica spadła z prawie 38% w 2008 roku do około 31%, ale nadal jest duża.

    Najszybciej rosły Ochotnicze Hufce Pracy, gdzie zatrudnienie zwiększyło się o 114%, oraz GDDKiA z wynikiem plus 21%.

    Co proponuje fundacja

    Autorzy twierdzą, że samo cięcie etatów nic nie da, jeśli urzędy nie dostaną mniej zadań. Proponują więc deregulację, mechanizm blokujący tworzenie nowych obowiązków administracyjnych i pełne ujawnianie zatrudnienia oraz kosztów umów cywilnoprawnych w każdym urzędzie.

  • Kac po WOŚP, czyli jak państwo reglamentuje dobroczynność

    Aby legalnie przejść się ulicami Warszawy z puszką i zebrać od ludzi dobrej woli pieniądze na rzecz głodujących w Afryce dzieci trzeba uzyskać zgodę trzech ministrów: Cichockiego, Sikorskiego i Rostowskiego. To tylko jeden z paradoksów reglamentowania działalności charytatywnej przestarzałymi przepisami. Te same przepisy nie tylko oddają w ręce urzędników prawo do decydowania o tym co jest celem zbiórki „godnym poparcia”, ale ograniczają też prawo obywateli do swobodnego gospodarowania swoimi pieniędzmi i blokują rozwój innowacyjnych form finansowania kultury i przedsiębiorczości.

    Za nami kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W mediach mogliśmy obserwować festiwal zachwytów nad polską dobroczynnością. Politycy i urzędnicy z Ministrem Spraw Wewnętrznych na czele[1] chętnie pokazywali swoją ludzką twarz przekazując na licytacje różnego rodzaju gadżety. Szkoda, że poza medialnym świętem nie robią nic, by ułatwić prowadzenie zbiórek charytatywnych, które w Polsce regulowane jest anachronicznym przepisami ustawy uchwalonej 79 lat temu. Warto przybliżyć problem barier, które państwo stawia osobom chcącym zbierać fundusze na działalność charytatywną oraz obywatelom, którzy chcą dobrowolnymi wpłatami wspierać ulubionych twórców.

    Ustawa z lat 30-tych…

    By Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy mogła zbierać pieniądze, musi każdorazowo uzyskać zgodę Ministra Spraw Wewnętrznych. Taki obowiązek nakłada na nią wspomniana Ustawa o zbiórkach publicznych uchwalona… 15 marca 1933 roku. Prawo to cały czas, z niewielkimi modyfikacjami, obowiązuje. Zgodnie z Ustawą wszelkie publiczne zbieranie ofiar w gotówce lub naturze na pewien z góry określony cel wymaga pozwolenia właściwego terenowo organu władzy. W wypadku zbiórek ogólnopolskich pozwolenia takiego udziela Minister Spraw Wewnętrznych. Warto nadmienić, że zgodnie z art. 2. ust. 2 Ustawy zbiórka przeznaczona na cel poza granicami kraju wymaga nie tylko zgody Ministra Spraw Wewnętrznych, ale również Ministra Spraw Zagranicznych i Ministra Finansów.

    Przesłanka do udzielenia pozwolenia istnieje wówczas, gdy cel zbiórki jest godny poparcia ze stanowiska interesu publicznego. Art. 3. ust. 3. Ustawy stanowi, iż zbiórki publiczne, urządzane w interesie osobistym, są wzbronione. Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych dookreśla sposoby przeprowadzania oraz zakres kontroli zbiórki, w tym m.in. wymogi jakie spełniać musi legitymacja osoby zbierającej pieniądze, oznaczenia i forma zabezpieczenia puszek kwestarskich skarbon stacjonarnych oraz oznaczeń cegiełek wartościowych. Dodatkowo zgodnie z ustawą o opłacie skarbowej organizator zobowiązany jest wnieść opłatę w wysokości 82 złotych za uzyskanie pozwolenia.

    … czyli paragraf zawsze się znajdzie

    Oczywiście organizacja tak znana i pozytywnie odbierana przez społeczeństwo jak Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy nie będzie miała problemów z uzyskaniem stosownych pozwoleń. Niestety mieliśmy już w Polsce do czynienia z przypadkami, kiedy przepisy ustawy wykorzystywane były do karania tych, których władza z jakichś powodów uważa za wymagających szczególnej kontroli urzędnicze.

    Jak już wspomniano ustawa nie tylko nakłada na organizatorów obowiązek każdorazowej rejestracji zbiórki, ale zakazuje również enigmatycznych zbiórek „w interesie osobistym”. W czasach internetu, portali społecznościowych i przelewów dokonywanych za pośrednictwem telefonu komórkowego to kolejny anachronizm, który sprawia, że artyści czy publicyści nie mogą legalnie zbierać darowizn od swoich sympatyków na przykład za pośrednictwem strony internetowej. Oczywiście przepisy te są fikcją, ale tworzą przestrzeń do prześladowania niezależnych twórców przez państwo.

    Szara strefa zbiórek

    Warto zwrócić uwagę, że formułę dobrowolnych wpłat na cele inne niż charytatywne najskuteczniej dotychczas realizują w Polsce libertarianie i przedstawiciele wolnościowej prawicy. Blisko 15 000 złotych zebrano w jednym z portali internetowych, by stworzyć wersję audio „Ekonomii i polityki” Ludwiga von Misesa i rozesłać ją do posłów na Sejm RP. Publicysta Stanisław Michalkiewicz każdego miesiąca zbiera od sympatyków swojej publicystyki kilka tysięcy złotych za pośrednictwem strony internetowej. W podobny sposób, choć w nieco mniejszej skali, finansowane jest wolnościowe radio internetowe Kontestacja. Teoretycznie twórców wszystkich tych ciekawych i potrzebnych inicjatyw urzędnicy mogliby ścigać, a sąd skazać na kary finansowe.

    Polska bez szans na crowdfunding?

    Ustawa o zbiórkach publicznych jest szkodliwa w jeszcze jednym wymiarze. Od kilku lat na świecie coraz dynamiczniej rozwija się crowdfunding, czyli idea finansowania społecznościowego. To metoda gromadzenia kapitału na realizację projektów artystycznych, akcji społecznych czy wprowadzenie innowacji gospodarczych dzięki drobnym wpłatom szerokiej rzeszy internautów. Finansowanie społecznościowe może mieć charakter inwestycyjny lub dobroczynny. Według analityków Gartner Research już w 2013 roku na świecie zostanie w ten sposób zebranych i zainwestowanych blisko 7 miliardów dolarów. W Polsce niestety bez wątpienia taka forma działalności podlega jednak pod ustawową definicję zbiórki publicznej.

    Wszystko wskazuje na to, że urzędnikom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych skutecznie udało się zablokować rozwój finansowania społecznościowego. Jednym z pierwszych opierających się o tę ideę projektów, które miały zacząć działać w Polsce jest Projekstarter. Platforma tworzona była w ramach Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju i uzyskała finansowanie z Europejskiego Funduszu Społecznego. Niestety, w październiku 2011 mimo zapowiadanych przez kilka miesięcy pierwszych projektów pojawił się następujący komunikat:

    Termin opublikowania na platformie pierwszych projektów bardzo się przez ostatnie tygodnie wydłużał. Wynikało to z trudności z zamknięciem procesu rejestracji zbiórki publicznej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Mimo długich i szczegółowych rozmów z Ministerstwem platforma crowdfundingowa z punktu widzenia utartych procedur nadal stanowi dużą innowację i przez to nastręcza trudności w jej rejestracji jako narzędzia do przeprowadzania zbiórki publicznej. Nie chcąc marnować Waszej energii i entuzjazmu oraz narażać projektu na trudności natury prawnej, postanowiliśmy zawiesić działanie platformy do końca tego roku. Chcemy wyjaśnić wszystkie wątpliwości Ministerstwa, a tym samym sprawić, aby crowdfunding nie służył tylko naszej platformie, ale został przyjęty jako model niekomercyjnego działania w przestrzeni publicznej.

    Można się obawiać, że zaakceptowanie crowdfundingu przez urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych okaże się trudne. Tym samym to innowacyjne narzędzie pozyskiwania funduszy na działalność dla młodych twórców pozostanie niewykorzystane.

    Uchylić tę ustawę!

    Organizacje pozarządowe przedstawiały już swoje pomysły na modyfikację ustawy o zbiórkach publicznych, pozostawały one jednak poza obszarem zainteresowania rządzących. Internet i rosnąca popularność różnego rodzaju portali społecznościowych tworzy jednak przestrzeń do wywierania presji na polityków, by zainteresowali się tematem. Warto czerpać inspirację z działań administracji amerykańskiej. W Stanach Zjednoczonych istniały prawne przeszkody w legalizacji crowdfundingu udziałowego, czyli finansowaniu dzięki któremu donatorzy stawali się współwłaścicielami wspieranego projektu. Najpierw sprawą udało się zainteresować Biuro Nauki i Polityki Technologicznej Białego Domu, a w listopadzie Izba Reprezentantów w trosce o rozwój innowacyjnych małych przedsiębiorstw przegłosowała przepisy likwidujące lukę prawną i wprowadzające wyłączenie podatkowe w zakresie crowdfundingu.

    Doprecyzowanie ewentualnych obowiązków podatkowych osób pozyskujących fundusze na inwestycje za pomocą finansowania społecznościowego to jednak w Polsce kwestia odległej dyskusji. Dziś powinniśmy rozpocząć starania na rzecz całkowitego uchylenia przepisów regulujących zbiórki publiczne. Reglamentowanie przez państwo działalności dobroczynnej jest przejawem wszechobecnej w Polsce nadregulacji i szkodzi dziś przede wszystkim tym, którzy są adresatami akcji charytatywnych: najbardziej potrzebującym.

  • 28 nowych obietnic Donalda Tuska

    W piątek 18 listopada 2011 premier Donald Tusk po raz wtóry wygłosił w Sejmie expose, prezentując założenia swojego rządu na kolejną kadencję. Trwało ono około godziny i koncentrowało się przede wszystkim na cząstkowych reformach wynikających ze złej – jak się okazało – kondycji finansowej państwa. Poniżej przedstawiam uporządkowany przegląd nowych obietnic Donalda Tuska, wraz z krótkim autorskim komentarzem.

     

    Polityka zagraniczna

    1. Utrzymanie dotychczasowych głównych kierunków polityki zagranicznej

    2. Ewentualna renegocjacja Konkordatu, jeśli okaże się niezbędna dla likwidacji przywilejów emerytalnych duchownych

    Finanse publiczne

    3. Wyjście z procedury nadmiernego deficytu

    4. Deficyt sektora finansów publicznych wysokości 3% PKB na koniec 2012 r. i wysokości 1% PKB na koniec 2015 r.

    5. Zadłużenie publiczne wysokości 52% PKB w 2012 r. i 47% PKB w 2015 r.

    Polityka podatkowa

    6. Zmiana metody i podwyższenie opodatkowania wydobycia bogactw naturalnych, m.in. miedzi, srebra i gazu łupkowego

    7. Podwyższenie o 50% ulgi na trzecie i kolejne dzieci

    8. Odebranie prawa do becikowego i ulgi na jedno dziecko dla osób zarabiających powyżej 85 tys. zł rocznie

    8. Likwidacja ulgi na Internet

    10. Likwidacja 50% kosztów uzyskania przychodu w umowach z przeniesieniem praw autorskich powyżej dochodu 85 tys. zł rocznie

    11. Uchwalenie przepisów uniemożliwiających prowadzenie lokat omijających „podatek Belki”

    12. Podniesienie składki rentowej o 2 punkty proc. po stronie pracodawców

    13. Wprowadzenie obowiązku odprowadzania składek emerytalnych przez duchownych

    14. Wprowadzenie obowiązku prowadzenia rachunkowości dla wszystkich rolników od 2013 r. i wprowadzenie podatku dochodowego (najpierw dla dużych gospodarstw rolnych)

    15. Obowiązek płacenia pełnej składki zdrowotnej przez rolników prowadzących gospodarstwa powyżej 15 ha i połowy składki zdrowotnej dla rolników prowadzących gospodarstwa od 6 do 15 ha

    16. Redukcja podatku rolnego

    Ubezpieczenia społeczne

    17. Obniżenie tempa wzrostu rent i emerytur poprzez coroczną waloryzacją kwotową, a nie procentową

    18. Stopniowe podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat dla mężczyzn do 2020 r. i dla kobiet do 2040 r.

    19. Reforma emerytur mundurowych dla funkcjonariuszy wchodzących do służby od 2012 roku przez wydłużenie minimalnego stażu pracy do 25 lat i podniesienie minimalnego wieku emerytalnego do 55 lat

    20. Zawężenie górniczych przywilejów emerytalnych wyłącznie do górników pracujących pod ziemią

    21. Wprowadzenie „emerytur przejściowych” dla górników nie pracujących pod ziemią

    22. Ograniczenie przywilejów prokuratorów i sędziów w stanie spoczynku

    Inne polityki

    23. Odchudzenie administracji

    24. Wydawanie pozwoleń na budowę w 60 dni dla małych inwestycji i 100 dni dla dużych

    25. Skrócenie procesów sądowych o jedną trzecią

    26. Otworzenie połowy zawodów regulowanych

    27. Wstrzymanie nadprodukcji ustaw i rozbudowa oceny skutków regulacji

    28. Podwyżki po 300 zł dla policjantów i żołnierzy

    Dla porządku wymieńmy resorty i przypisane do nich obszary, co do których Donald Tusk nie złożył żadnych deklaracji:

    Ministerstwo Rozwoju Regionalnego – wydatkowanie środków europejskich
    Ministerstwo Skarbu – polityka prywatyzacyjna i zarządzanie strategicznymi spółkami
    Ministerstwo Środowiska – m.in. regulacja rzek i ochrona przeciwpowodziowa
    Ministerstwo Infrastruktury – transport drogowy, kolejowy i morski oraz budownictwo mieszkaniowe
    Ministerstwo Zdrowia – organizacja służby zdrowia i nadzór nad NFZ
    Ministerstwo Gospodarki – m.in. polityka dostaw nośników energii
    Ministerstwo Nauki – organizacja szkolnictwa wyższego i badań naukowych
    Ministerstwo Edukacji – organizacja opieki przedszkolnej, szkolnictwa podstawowego i średniego
    Ministerstwo Kultury
    Ministerstwo Sportu – m.in. organizacja przygotowań do Euro 2012

     

    KOMENTARZ

    Planowane wskaźniki makroekonomiczne wyglądają jakby były oparte o bardzo optymistyczne prognozy wzrostu gospodarczego w następnych latach. Jest mało prawdopodobne, aby było możliwe ich osiągnięcie.

    Pochwalić należy deklaracje ograniczenia grupowych przywilejów emerytalnych i stopniowe podwyższenie wieku emerytalnego. Bardzo znaczne rozwarstwienie wysokości wypłacanych emerytur i niski średni wiek przechodzenia Polaków na emeryturę są poważnymi problemami. Prezentowane zapowiedzi są dość ogólne, ale właściwie ukierunkowane.

    Negatywnie zaskakuje deklaracja reformy sposobu zapewnienia ubezpieczeń społecznych duchownym. Być może jest to polityczne zagranie mające odebrać pole do inicjatywy Ruchowi Palikota. Możnaby wówczas liczyć, że rząd nie zaryzykuje konfliktu z Kościołem i ograniczy się do debaty społecznej w tej sprawie.

    Krytycznie należy ocenić podwyższanie składki rentowej. Szkoda, że rząd nie zdecydował się szukać większych oszczędności, aby równoważyć budżet, lecz zdecydował się podwyższać składki.

    Zmiany w świadczeniach prorodzinnych należy uznać za nietrafione i niewystarczające. Premier wspominał o adresowaniu transferów do tych, którzy ich potrzebują, tymczasem aby skorzystać z ulg na trójkę dzieci w nowej wysokości trzeba zarabiać minimum 4500 zł brutto. Inaczej odprowadza się zbyt mało podatku, aby odliczyć przysługujące ulgi. Premier dodaje nowe ulgi, mimo że większość niezamożnych ludzi nie ma z czego odliczyć tych obecnie obowiązujących!

    Zapowiedzi odchudzenia administracji i zmiany sposobu stanowienia prawa są tak ogólne, że trudno traktować je serio, szczególnie w świetle praktyki rządzenia w poprzedniej kadencji. Zapowiedź otworzenia połowy zawodów regulowanych, inspirowana zapewne raportem Fundacji Republikańskiej, napawa natomiast optymizmem. Oby nie okazała się pustą obietnicą!

    Zapowiedziane reformy dotyczące rolników są krokiem w kierunku demontażu KRUS i traktowania rolników jak przedsiębiorców. Doprowadzi to do konieczności rozbudowy aparatu skarbowego i ponoszenia przez rolników kosztów księgowości. Ocenę sensu i opłacalności takiej reformy należy uzależnić od jej szczegółowego kształtu i harmonogramu wprowadzenia.

    Zapowiedziana podwyżka wysokości 300 zł dla policjantów i żołnierzy ma być zapewne magnesem przyciągającym do pracy już po ograniczeniu przywilejów emerytalnych w tych zawodach. Co do zasady jest to właściwe rozwiązanie, choć wysokość podwyżki może być trudna do udźwignięcia przez budżet i budzi wątpliwości, czy czas kryzysów finansowych jest właściwym momentem na podwyższanie zobowiązań wobec pracowników sfery budżetowej. Poza tym podwyższenie wynagrodzeń w wojsku czy policji powinno iść w parze z modyfikowaniem polityki kadrowej w tych służbach.

    Expose zaskoczyło miałkością w omawianiu spraw europejskich i brakiem zapowiedzi szerszych systemowych reform w innych dziedzinach. Wymienione wyżej działania skonstruowane są wyłącznie pod kątem równoważenia finansów publicznych. Przebija z nich brak szerszej wizji i odważnego programu.

  • Zatrudnienie w administracji rządowej – dynamika i koszty

    Platforma Obywatelska w czasie wyborów w 2007 r. głosiła ideę „taniego państwa”, sprowadzającą się do likwidacji przywilejów władzy. Po wygranych wyborach premier Donald Tusk obiecał zmniejszenie zatrudnienia w administracji rządowej (zastrzegając jednocześnie niewielki swój wpływ na samorządy).

    Fundacja Republikańska postanowiła zweryfikować te obietnice. Dlatego przygotowała raport „Zatrudnienie w administracji rządowej – dynamika i koszty”.