W 2012 roku gaz łupkowy miał być polskim Eldorado. Mało kto pytał wtedy, co z tego będą miały gminy, na których terenie stanęłyby wiertnie. Mateusz Siepielski, prawnik i analityk sektora energetycznego Fundacji Republikańskiej, odpowiadał w sierpniu 2012 roku krótko: przy obowiązującym prawie nic szczególnego.
Dlaczego gminy miały zostać z niczym
Zdaniem Siepielskiego wszystko zależało od przepisów, których jeszcze nie było. Rząd zapowiadał ustawę o opodatkowaniu wydobycia węglowodorów i miał w niej ustalić górny limit udziału samorządów w zyskach. Ekspert przekonywał, że jeśli dobrze na wydobyciu zarobi państwo, skorzystają też zwykli obywatele, bo z podatków można sfinansować tańszy gaz i lepszą infrastrukturę. Dla wójta czy burmistrza to jednak marna pociecha. Uciążliwości i ryzyko dla środowiska zostają na miejscu, a pieniądze płyną do Warszawy.
Do tego powiaty i województwa w ogóle nie miały udziału w opłatach za wydobycie węglowodorów.
Co proponował rząd
Później rząd przedstawił projekt zmian. Opłata eksploatacyjna miała trafiać w 60% do gmin, po 15% do powiatów i województw, a 10% do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Stawka za gaz wysokometanowy miała wzrosnąć z 6,06 zł do 24 zł za 1000 m³. Nowy podział mógł zacząć obowiązywać najwcześniej w 2015 roku.
Główny strumień pieniędzy miał jednak płynąć do budżetu państwa. Resort finansów pisał osobną ustawę podatkową, a łączne obciążenie wydobycia podatkami i opłatami miało sięgać najwyżej 40% zysku brutto. W 2014 roku wprowadzono specjalny podatek węglowodorowy.
Spór skończył się sam
Ostatecznie problem rozwiązała geologia. Złoża okazały się dużo mniejsze, niż zakładały prognozy, i nie pozwalały na opłacalne wydobycie. W lipcu 2019 roku rząd przyjął projekt likwidacji specjalnego podatku węglowodorowego. Za lata 2016–2017 żaden podatnik nie wykazał podatku do zapłaty. Gminy nie dostały więc ani dużych, ani małych pieniędzy, bo łupkowego wydobycia na skalę przemysłową po prostu nie było.
Dodaj komentarz