W maju 2010 roku waszyngtoński think tank CSBA opublikował raport „AirSea Battle: A Point-of-Departure Operational Concept”. Napisali go Jan van Tol, Mark Gunzinger, Andrew Krepinevich i Jim Thomas. Punkt wyjścia był prosty: Chiny budują zdolności antydostępowe (A2/AD), które mogą sprawić, że amerykańska obecność na zachodnim Pacyfiku stanie się zbyt ryzykowna i zbyt kosztowna. Waszyngton ma więc dwie drogi. Albo pogodzi się ze zmianą równowagi sił, albo znajdzie sposób, żeby ją zrównoważyć.
Dwa etapy konfliktu
Autorzy dzielą hipotetyczną wojnę na dwie fazy. W pierwszej USA i sojusznicy muszą przetrwać uderzenie wyprzedzające na bazy, zwłaszcza lotniska, i szybko odpowiedzieć. Potem przychodzi kampania „oślepiania”. Cyberataki, działania przeciw satelitom i walka elektroniczna mają odciąć chińskie siły od danych rozpoznawczych. Bez nich duży arsenał pocisków precyzyjnych traci skuteczność. Równolegle trwa zwalczanie wyrzutni rakietowych i blokowanie chińskiej floty, zanim wyjdzie na otwarty ocean.
Druga faza to przejęcie inicjatywy: daleka blokada chińskich szlaków morskich, przerzut zaopatrzenia na wypadek długiej wojny i zwiększenie produkcji amunicji precyzyjnej.
Najbardziej sporny punkt
Kontrowersje wzbudził postulat uderzeń w cele na terytorium Chin kontynentalnych, w tym w systemy dowodzenia i rozpoznania. CSBA przekonywało, że to strategia równoważenia potencjału, a nie plan wojny z Pekinem. Krytycy widzieli w tym jednak ryzyko eskalacji.
Co dalej z koncepcją
Pentagon przejął ideę. Pod koniec 2011 roku powstało biuro Air-Sea Battle, a w 2012 roku koncepcja weszła do Joint Operational Access Concept. W 2013 roku biuro podkreślało już, że to koncepcja wspierająca, a nie plan operacyjny wymierzony w konkretnego przeciwnika. W Polsce szerzej opisał ją Jacek Bartosiak w książce „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” z 2016 roku.
Dodaj komentarz